Przerosło mnie wielkie szczęście,
Zmiażdżyło mnie i przygniotło.
Rozmiata mi w oczach ziemię,
Jak gwiazda ognistą miotłą.
Płynę na jakiejś planecie,
Stoję pod jakąś pochodnią,
Największym szczęściem jest miłość
A szczęście największą zbrodnią.
Ziemia maleje, jak komar,
I brzęczy gdzieś koło ucha,
Ach kto mnie wstrzyma, kto szumu
Słońc wirujących wysłucha!
Kto ze mnie niebo wypije.
Kto zgasi piekło goryczy?!
Nikt! Nic się nie dzieje, tylko
Serce żywcem palone aż syczy.
Jakże do tego przywyknę,
Jakże z tym się oswoję,
Jak cię ogarnę, przeniknę,
Umiłowanie moje.
Jakie ci zerwę liście,
Jakim osypię pąkowiem,
Co ci, jedyna, na przyjście
Twoje najdroższe odpowiem.
Jak ci się oddam cały,
Co z siebie całego powierzę,
W mym szczęściu, w mym lęku nieśmiały,
Dawno do ciebie należę.
I tylko przywyknąć nie umiem
I tylko jeszcze się boję,
Jak cię ogarnę, zrozumiem,
Umiłowanie moje.