Po mieście włóczę się pustym,
O, Boże, jakże to skończyć!
Jak zdobyć się na to, by odejść
I z tobą się rozłączyć.
Myślałem już nad tym tyle,
I jeszcze się męczę i myślę.
Księżyc się za mną obraca
Po szybach, po dachach, po Wiśle.
Balustrady mostu powleka
Zielono-złotym szronem,
Pytam cię, proszę i wołam
Mym sercem umęczonem.
I jestem spokojny, spokojny,
Z równowagi mnie nic nie wytrąca,
Przeliczam daty pamiętne
Każdego dnia i miesiąca.
Rocznice, daty, zdarzenia
Powtarzam, pomnażam i liczę,
I tylko mi serce z żalu
Jak pies. jak pies skowyczy.
Wzejdę polnym makiem - byś mnie znalazł w złotym łanie,
Wzlecę w niebo ptakiem - byś mnie dostrzegł w chmurze białej.
W środku lata więdną maki, opuszczają gniazda ptaki.
Lecz zapomnij, że nawet najczerwieńsze więdną maki.
W ruczaj się zamienię - byś ugasił swe pragnienie.
Ogniem rozpłomienię - byś się ogrzać mógł jesienią.
Do dna w słońcu wyschnie strumień - rano z ognia popiół tylko
Lecz zapomnij, że zawsze rano z ognia popiół tylko...
Rozsypię kosze gwiazd w lipcową noc,
W złotym kłosie znajdę cię, nim przyjdzie dzień.
Rozsypię kosze gwiazd w lipcową noc,
W złotym łanie znajdę cię, nim przyjdzie dzień.
W podróż cię zabiorę za siódmy uśmiech, siódmą łzę,
W podróż cię zabiorę, gdzie piołun słodki, słodki miód.
W pola słońcem malowane, gdzie dzień i noc, łoże i stół.
Lecz zapomnij, że nawet najczerwieńsze więdną maki.