Jesteśmy coraz bliżej końca,
Nic nas nie jątrzy już, nie gniewa,
Tylko ta żałość przejmująca
Z serca do serca się przelewa.
Tak dobrze siebie rozumiemy,
Że już nam słów nie trzeba żadnych,
W tej umówionej zgodzie niemej
Wiem wszystko z oczu twych bezradnych
Wiem wszystko z pustki rozpaczliwej,
Która wysusza mnie i pali,
Z tej strasznej śmierci, którą żywy
Wlokę za sobą coraz dalej.
Oglądam ciebie w lustrze białym
Ile minęło już lat
Czy słów nam starczy na spotkanie
Co łączy jeszcze nas
Jesteś spóźnionym deszczem
Ja trawą w słońcu jestem
Naszym oczom
Już odjęto zamyślenie
Naszym ustom
Już odjęte jest milczenie
Znowu jestem
Dym z papierosa w lustrze białym
I słowa twe - biały dym
Jak myśl uparta wracasz do mnie
Jak dobry czy zły sen
Jesteś spóźnionym deszczem
Ja trawą w słońcu jestem
Naszym oczom
Już odjęto zamyślenie
Naszym ustom
Już odjęte jest milczenie Znowu jestem
I znów mi mówisz moja złota
Złote wino śmieje się
I znowu wierzę w każde słowo
Jak w drzewo wierzy cień
Jesteś spóźnionym deszczem
Ja trawą w słońcu jestem
Naszym oczom
Już odjęto zamyślenie
Naszym ustom
Już odjęte jest milczenie
Znowu jestem
Nie z ikony idziesz do mnie w środku dnia
Nie z błękitu cię sprowadził ciepły wiatr
Jesteś ze mną
Tylko ze mną.
Jesteś ze mną.
Nie oszczędza twojej twarzy gorzki czas
I nie jawisz się wśród nocy w moich snach
Jesteś ze mną.
Tylko ze mną.
Jesteś ze mną.
I jest jak chciałam i jak chciałeś
Drzwi ci otwieram w dni powszednie
I w żółtym dzbanku parzę kawę,
A ty przynosisz polne kwiaty
W dni powszednie.
W dni powszednie.
W dni powszednie.
I nie wiemy, ile można sobie dać
Zapatrzenia, urzeczenia w każdy dzień,
Choć jesteśmy
Tylko z sobą.
Tylko z sobą.
I nie wiemy, ile można sobie wziąć
Z twoich dłoni, z moich dłoni w każdą noc,
Choć jesteśmy
Tylko z sobą.
Tylko z sobą.
I jest jak chciałam i jak chciałeś,
Drzwi ci otwieram w dni powszednie
I w żółtym dzbanku parzę kawę,
A ty przynosisz polne kwiaty
W dni powszednie.
W dni powszednie.
W dni powszednie.